Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse - minirecenzje komiksów z 04.10.17

avalonpulse0.png

Przed Wami bardzo obszerne wydanie Pulse'a, największe od momentu powrotu kolumy. Wszystko po to, by dostarczyć Wam opinie o wszystkich seriach, które wkraczają w okres Marvel Legacy, choć nie tylko. Stąd też minirecenzje kilku serii o mutantach, kolejnego numeru All-New Guardians of the Galaxy i finału Venomverse. Zapraszamy do lektury!



scenariusz: Gerry Duggan
rysunki: Roland Boshi

Krzycer: Sięgnąłem po ten komiks tylko ze względu na Novę i Raptora na okładce. A w środku - poza tym, że Duggan wrzucił tu tego tam Atkinsa czy jak mu tam, bo nie może się rozstać ze swoimi zabawkami - czyta się to całkiem jak kontynuację kosmosu DnA. Los Korpusu, bractwo Raptorów, brat Richarda, te sprawy. Guardianów ani widu, ani słychu. Naprawdę można by uwierzyć, że ktoś po prostu kontynuuje run DnA. Gdyby nie to, oczywiście, że czytałem początek tego runu i kojarzę, że Guardiani z jakiegoś powodu są teraz szajką złodziei, bo to oczywiście ma sens biorąc pod uwagę ich komiksowy rodowód. Ech. W każdym razie w tym zeszycie ich nie ma i mam brzydkie podejrzenie, że to dlatego czytało mi się go dobrze. 

scenariusz: Charles Soule 
rysunki: Carlos Pacheco

Krzycer: Tsk. Pierwszy raz mam wrażenie, że dostaliśmy zapchajdziurę. Ok, coś się wydarzyło - Xavier skontaktował się z X-Men bezpośrednio, Gambit wpadł w ręce Kinga, no i walka z OMLoganem była dość istotna. A jednocześnie te długie montaże z Mystique i Fantomexem, ta przydługa rozmowa Rogue i Gambita, wałkująca po raz nasty ten sam wątek... I tak dobrze, że Rogue mówi twarde "nie" cały czas. Ale nie słyszący tego "nie" Gambit robi się jeszcze bardziej oślizgły niż zwykle. Podsumowując - wciąż jest dobrze, ale wcześniej każdy kolejny numer podbijał stawkę. A ten nie. 



scenairusz: Sina Grace
rysunki: Robert Gill

Krzycer: Zagrożenie mocno pretekstowe, ale samo spotkanie Champions wypada całkiem ładnie. Randka Icemana z przypadkowym facetem też, tylko na koniec sceny w klubie coś dziwnego zaczyna się dziać z rysunkami i uśmiech Bobby'ego robi się przerażający na ostatnich paru kadrach. 


scenariusz: Ed Brisson 
rysunki: Mike Perkins

To taki dziwny numer, w którym ten zły robi sporo w swoim wątku, natomiast główny bohater siedzi i się tłucze z Sabretoothem dla samej bójki. Co kończy się oczywiście team-upem, bo w końcu Sabretooth jest teraz dobry. A ze względu na reveal z końcówki nawet już nie wiem, czy zdjęcie które pokazuje mu Danny przedstawia mackę Omega Reda czy Constrictora. Skąd Victor miałby znać Constrictora? 
A skoro już o tym mowa - wiem, że Sabretooth pojawił się po raz pierwszy w "Iron Fiście", ale czy naprawdę przez lata wracał, by bić się z Dannym? Bo scena ich spotkania jest tak napisana, a jakoś tak zawsze zakładałem, że to sytuacja jak z Wolverinem debiutującym w Hulku - tłukli się raz, dawno temu, i tyle. 



scenariusz: Brian Michael Bendis
rysunki: Michael Gaydos

Rodzyn: Pierwsza seria o przygodach Jessiki Jones to dla mnie komiks pod wieloma względami bardzo dobry, nic więc dziwnego, że tego samego oczekiwałem od Bendisa, gdy rok temu powrócił do pisania solowych przygód tej bohaterki. Historii, jaką wtedy zaprezentował, zabrakło czegoś, co by mnie w tą historię zaangażowało, tym bardziej że od początku wiadomym było, że problemy kobiety nie są tym, czym na pierwszy rzut oka się zdają. Po sześciu numerach porzuciłem tytuł, jednak wróciłem do niego gdy właśnie wkracza w erę Marvel Legacy. Powrót Purple Mana do świata kobiety to coś, co po prostu trzeba sprawdzić. Bendis buduje całość na lęku Jessiki przed owładnięciem przez niego kontrolą kogoś z jej bliskich, stara się więc ukryć swą córkę i być w kontakcie z Luke'iem. Równolegle do jej rozmowy z Carol Danvers, która stara się ją uspokoić, widzimy, co porabia w tym samym momenice Purple Man. Wszystko to czyta się bardzo dobrze i końcówa strona, do której byliśmy przygotywani przez cały komiks, to naprawdę mocny punkt do dalszego ciągu tej historii. Póki co Bendis ma u mnie dużo większy niż ostatnio kredyt zaufania i czekam na rozwój wydarzeń.


scenariusz: Ed Brisson 
rysunki: Mike Deodato Jr. 

Krzycer: Ten komiks jest lepszy niż "Cable", bo przynajmniej ma jakąś fabułę, coś się w tej historii dzieje. A jednocześnie ten komiks jest taki strasznie durny... Zaczynając od samego pomysłu. Zagrożeniem jest Maestro i armia Hulków. Maestro i armia Hulków. Jeden Maestro to już zagrożenie dla... no... dla Hulka. A ten jest jeszcze wspierany przez wielu innych Hulków. 
Jak, do jasnej cholery, na jakim świecie, w jakich warunkach, jest to zagrożenie z którym w wiarygodny sposób ma się uporać Logan? No jak?! Nawet jeśli założymy, że te zdegenerowane Hulki w trzecim pokoleniu nie są tak silne, jak oryginał, to wciąż jest idiotyczny punkt wyjścia. I ten idiotyczny punkt wyjścia prowadzi do takich idiotycznych scen jak ta sprzed paru numerów, gdy Logan był torturowany kolejnymi seriami z karabinu maszynowego, ale się regenerował, a potem wziął ten karabin i jedną serią wystrzelał chyba tuzin Hulków. 
Albo ta scena z tego numeru, gdy Hawkeye - Clint Barton, zwykły słabowity człowieczek bez żadnych mocy - zostaje uderzony przez Maestro i nic mu się nie dzieje. Nic, zupełnie nic. Scenarzysta nawet nie ma na tyle przyzwoitości, by pozbawić go przytomności na jakiś czas. Nie, w tym komiksie zwykły homo sapiens może zostać uderzony przez Hulka i nawet nie będzie miał siniaka. 
To jest... Kurczę. Ja nie przeklinam, ale jak to czytam to mam ochotę kląć. To jest tak oburzająco głupie i pozbawione konsekwencji. Nie, wróć, jest konsekwencja - konsekwencją takiego przedstawienia akcji jest to, że Maestro jest kompletnie niewiarygodny jako zagrożenie. I cały komiks się sypie. 



scenariusz: Al Ewing
rysunki: Javier Rodriguez

Rodzyn: Podoba mi się styl, w jakim Al Ewing pisze swoje komiksy dla Marvel, przez co dobrze czytało mi się jego Mighty Avengers, a ostatnio dwie serie o Ultimates. Bywa jednak tak, że trafi mu się do pary artysta, którego rysunki z góry sprawiają, że ciężko mi do danego tytułu podejść. Tak było przy New Avengers, tak też i było przy starcie serii Royals. Dopiero pojawienie się Javiera Rodrigueza w roli rysownika sprawiło, że powróciła we mnie chęć poznania tej serii, a ma ona naprawdę wiele do zaoferowania. Gdy sięgamy po ten numer tak naprawdę nie jest on w pełni przyjazny dla nowego czytelnika, ale mamy zarysowane tu kilka kluczowych dla niego wątków. Widzimy przyszłe wydarzenia, które mają swoje odzwierciedlenie w teraźniejszości, poznajemy chorobę królowej Medusy i jej odczucia względem jej związku z Boltagonem. Przede wszystkim mamy tu jednak pierwsze spotkanie Inhumans z Progenitors, ich stwórcami. Zeszyt ten pełen jest informacji, ale plansze pełne są emocji i wydarzeń, o których chce się dowiedzieć więcej. Cóż, pewnie będę musiał się przemóc i nadrobić poprzednie numery, tym bardziej, że seria już wkrótce, wedle zapowiedzi z New York Comic-Con, znów złączy swoich bohaterów z Black Boltem i zarówno ta, jak i solowa seria króla Inhumans, zostaną zakończone. Najbliższe wydarzenia rysują się naprawdę ciekawie dla Rodziny Królewskiej i ciekawi mnie, jakie i jak wielkie zmiany nas czekają.


scenariusz: Victor Gishler
rysunki: David Baldeon

Krzycer: Zaczyna się to całkiem nieźle. Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa - Johnny'emu Blaze'owi przytrafia się coś dziwnego z sugestią, żeby "poszedł do Hellstroma", więc idzie do Daimona, po czym odwiedzają Dziwnych Mistycznych Znajomków Daimona, a potem dzwonią po Blade'a bo... powody. Do tego przebitka na Demonicznego Przeciwnika Stojącego Za Wszystkim i jego Demoniczną Pomocnicę Która Ma Się Zająć Bohaterami. 
Banał na banale i banałem pogania. A jednocześnie... jest to całkiem klimatyczne. Daimon w tej interpretacji bardziej przypomina mi Constantine'a niż Daimona, ale w sumie to chyba taka postać, którą każdy pisze jak chce - mam wrażenie, że jeszcze nie widziałem jakiejkolwiek konsekwencji w jego prezentacji w różnych tytułach. Poza tym i tak jestem gotów wiele wybaczyć, bo Daimon jest tu najbardziej charyzmatyczną postacią i w sumie to dzięki niemu dobrze mi się czytało ten komiks. 
Rysunki Baldeona nigdy mi nie pasowały, gdy pracował przy X-Men Legacy Gage'a, ale albo gość się poprawił, albo tutaj pasuje dużo lepiej - zwłaszcza, kiedy może rysować demony albo Przeklętego Informatora Daimona. 
Więc mamy w ręku komiks banalny, ale całkiem klimatyczny i po tym pierwszym numerze spodziewałbym się, że seria zaoferuje sympatyczną rozrywkę w nieco magicznych klimatach. Napisałbym "mrocznych", ale na razie to taki mrok co sprowadza się do tego, że gdzieś strzelają płomienie i jest mowa o szatanach. Taki gimnazjalny mrok co najwyżej. To nie problem, nie przeszkadzają mi takie dekoracje. 
Nie, moim problemem jest scenarzysta. Victora Gischlera kojarzę głównie z tego, jak pisał mutantów. A raczej - jak koszmarnie pisał mutantów, jak obdarzył nas "wojną mutantów z wampirami" i innymi tego typu dziełami. Więc nie mam dobrych wspomnień - ale kto wie, może Duchy Zemsty mu wyjdą?



scenariusz: Mike Costa
rysunki: Mark Bagley

Ryba2111: No to Lethal Protector wrócił i ma problemy zdrowotne. Symbiont uparcie chce zjadać ludzkie mózgi a Eddie faszeruje go lekami i jakoś udaje się opanować mordercze skłonności. Jeść jednak trzeba, więc Venom wyrusza do podziemi, aby chapnąć coś upolowanego przez gang dinozaurów. Dochodzi do krótkiego starcia z moloidami a następnie kolacji składającej się z upieczonego podopiecznego Mole Mana. No i ma to być jednorazowa akcja. Ostatnie strony zapowiadają przyjazd Kravena, który ma zamiar zapolować na dinozaury. Koniec. Na plus rysunki Marka Bagley'a. Komiks tylko dla fanów Venoma, którzy łudzą się, że doczeka się dobrej historii. Jak narazie jest średnio. Każdy nowy numer kwituję słowem "aha" i czekam na kolejny...



scenariusz: Cullen Bunn
rysunki: Iban Coello 

Ryba2111: Cóż to był za niepotrzebny event, ale bawiłem się dobrze. Masa zvenomowanych postaci, czysta napierdzielanka ze szczątkową fabułą, bardzo dobra oprawa graficzna. Finałowy numer to taki film akcji rodem z kanału Puls. Wszystkie trudności zostają przezwyciężone, źli zostają pokonani mimo ich potęgi i przewagi liczebnej, znacząca postać poświęca swoje życie, wszystko kwituje wielki wybuch a bohaterzy wracają do swoich obowiązków. Nikt nie będzie o tym pamiętał za jakiś czas. 



scenariusz: Marc Guggenheim 
rysunki: Mike Mayhew

Krzycer: Ojej. Ojej. Mike Mayhew ze swoim pseudorealistycznym stylem jest chyba najgorszym rysownikiem do rysowania Mojo. Kompletnie się do tego nie nadaje. 
A w scenariuszu to samo co zwykle - nieudolne naśladowanie Claremonta od początku do końca. Wszystko tutaj jest zżynką do tego stopnia, że za niemal rewolucyjne uważam umieszczenie w montażu "największych przebojów" kadru z Messiah Complex, przecież to historia z XXI wieku. 
Co powiedziawszy - część tego crossa będzie pisał Cullen Bunn, w tym, zdaje się, któryś z następnych numerów Goldów? Liczę, że on wyciągnie z tego coś więcej niż tylko "patrzcie, bijemy was po głowach nostalgią". 
Zresztą biorąc pod uwagę, że Goldy od pierwszego numeru próbują bić czytelnika po głowie nostalgią, zastanawiam się, czy ta historia ma być świadomą autoparodią? Nie podejrzewałbym Guggiego o taki poziom samoświadomości. 
A propos Guggiego - patrzcie, wrzucił tu Inka. Wszyscy liczyliśmy na powrót Inka, nie? Kompletnie na marginesie - już żałuję, że ten cross Goldów z Blue zaczyna się już teraz, a nie za miesiąc. Blue dopiero co wyszło z tie-inu do Secret Empire, który zakłócił tempo, a teraz wpadną w crossa... Bloodstorm pewnie nawet nie zdążyła się urządzić w ich kwaterze. Przydałby im się choć jeden spokojniejszy numer.  
Im dłużej o tym myślę, tym więcej przegapionych okazji tu widzę. Blue przyjeżdżają do Instytutu. Ok, obsada Instytutu przyzwyczaiła się już do minimutantów z O5 - ale teraz jest z nimi Jimmy. I ok, on dostaje króciutką scenkę z Old Man Loganem. Oraz Bloodstorm. I tutaj bardzo brakuje jakiegokolwiek rozegrania jej spotkania ze Storm. Oraz - choć to już nie część obsady Goldów - z rezydującą w Instytucie Jubilee, wampirzycą, która wszystko sobie poukładała. Mam nadzieję, że Bunn u siebie pokaże przynajmniej jedną z tych scen. 
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.